W związku z uruchomieniem usługi e-Korespondecja przez ZEC w Wołominie zapraszamy do skorzystania z możliwości otrzymywania faktur drogą elektroniczną. Szczegółowe informacje dostępne są w zakładce Strefa Klienta - eKorespondencja

Najnowsze wydarzenia i ogłoszenia

Przedstawiamy ważne komunikaty dotyczące naszego przedsiębiorstwa

O przyczynach wzrostu cen ciepła w całym kraju, trudnej sytuacji polskich ciepłowni i wyzwaniach stojących przed przedsiębiorstwami ciepłowniczymi rozmawiamy z Jackiem Szymczakiem, prezesem Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Jaka jest dziś kondycja finansowa polskich ciepłowni?

Zła. I to nie jest tylko kwestia ostatnich lat, choć ostatnio sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu. Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że w latach 2010-2019 ich rentowność była zerowa albo na minimalnym plusie, albo ujemna. W 2019 r. średnia rentowność była poniżej zera. Ale jeszcze niebezpieczniejsze jest to, że w ostatnich latach wskaźniki płynności finansowej – pokazujące, czy w przedsiębiorstwach są pieniądze na bieżącą działalność i na inwestycje – były poniżej poziomu uznawanego za bezpieczny. Dodatkowo 3 lata temu zaczął się gwałtowny wzrost cen uprawnień do emisji CO2, które muszą kupować ciepłownie. W efekcie pozbawiono je możliwości realizowania inwestycji. A niektóre mają wręcz problem z codziennym funkcjonowaniem.

Czyli sytuacja w ciepłownictwie jest trudna od co najmniej dekady. Dlaczego?

Przez wiele lat przede wszystkim starano się urzędowo ograniczyć podwyżki cen ciepła. Gdyby realizować je stopniowo, gospodarstwa domowe by ich nie odczuły, a przedsiębiorstwa mogłyby gromadzić środki na realizację inwestycji. Ale ciepłownie pozbawiono tej możliwości, umożliwiono im tylko bieżące funkcjonowanie. Teraz mamy kumulację: drastycznie rosną ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla – od poziomu 5 euro za tonę sprzed kilku lat do dzisiejszego pułapu 55 euro. Na to nakładają się przepisy Unii Europejskiej – Zielony Ład (European Green Deal), który nakłada na kraje członkowskie, w tym na Polskę, obowiązek poprawy efektywności energetycznej i wprowadzania odnawialnych źródeł energii. To dobry kierunek i my chcemy go realizować. W przedsiębiorstwach ciepłowniczych, w tym i w wołomińskim ZEC, powstaje wiele takich projektów. Ale przez czynniki zewnętrzne nie ma pieniędzy, aby się modernizować.

Chce pan powiedzieć, że nie ma w tym winy samych ciepłowni?

Podkreślam z całą mocą: to nie jest wina przedsiębiorstw ciepłowniczych, że pogarsza się płynność finansowa albo znacznie ograniczyły możliwości realizacji inwestycji. To wina złego systemu prawnego, tego co się stało na poziomie unijnym i sytuacji na rynku handlu emisjami CO2.

I dlatego w całym kraju rosną ceny ciepła?

Wzrost cen uprawnień do emisji CO2 to bezpośrednia, główna przyczyna wzrostu cen ciepła. Przy tak nieprzewidywalnym wzroście cen uprawień, ceny ciepła muszą wzrastać. My to uświadamiamy nie tylko na poziomie rządowym, ale też samorządowcom – i oni nas rozumieją. To Związek Miast Polskich podkreślił, że w ramach unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji, państwa członkowskie – w tym Polska – sprzedają swoje pule uprawnień, a pieniądze zasilają budżet państwa. Ale te pieniądze powinny potem wrócić w całości do sektora energetycznego. A dotychczas niestety tak nie było.

Co zrobić, aby zatrzymać wzrost cen ciepła i polepszyć sytuację ciepłowni?

Działać na kilku poziomach. Zrobić wszystko, aby na poziomie UE uzmysłowić, że taki nieprzewidywalny wzrost cen uprawnień przyniesie skutki przeciwne do założonych, bo kolejne podwyżki mogą spowodować, że odbiorcy ciepła systemowego zaczną się odłączać od sieci. To byłby powrót do rozdrobnionych źródeł, niezdrowych, bo emitujących szkodliwe pyły i benzopiren. Ciepłownictwo systemowe ich nie emituje. Trzeba uregulować ten rynek. Dzisiaj w handlu emisjami CO2 biorą udział instytucje finansowe, które grają tam jak na giełdzie. Dla nich handel uprawnieniami to szansa na szybki zysk.

Mówi pan o spekulantach?

To jest swego rodzaju spekulacja, ale dopuszczona prawem unijnym. My postulujemy, aby w systemie handlu emisjami brali udział tylko ci, którzy emitują dwutlenek węgla i mają obowiązek bilansowania się. Dzięki temu wzrost cen uprawnień stałby się przewidywalny, a nie drastyczny. Po drugie, przedsiębiorstwa ciepłownicze objęte systemem powinny móc zbilansować się nie rocznie, jak teraz, ale w okresie wieloletnim. Wówczas nie wydawałyby co roku pieniędzy na obowiązkowy zakup praw do emisji CO2, tylko mogłyby zgromadzić wkład własny na inwestycje, które pozwolą ograniczyć emisję CO2, np. na kogenerację gazową. Emitowałyby mniej, czyli mniej płaciły za prawa do emisji.

A na poziomie krajowym?

Współpracujemy z Ministerstwem Klimatu i Środowiska, aby wprowadzić przepisy, które pozwolą przenosić koszt uprawnień w taryfach ciepłowniczych i zapewnić rentowność ciepłowni, aby umożliwić im realizowanie inwestycji obniżających emisję CO2. Z końcem kwietnia resort przyznał jednorazową subwencję ciepłowniom, które nie miały pokrytych kosztów uprawnień do emisji w taryfach w 2020 r. To jednorazowa pomoc, która trochę poprawi sytuację, ale nie rozwiązuje problemu. Współpracujemy z ministerstwem, aby jeszcze w tym roku zmienić przepisy, co pozwoli ciepłowniom gromadzić pieniądze na inwestycje.

A jak wygląda wsparcie ciepłowni ze środków publicznych?

Perspektywy są obiecujące. Ciepłownictwo systemowe jest ujęte w Krajowym Planie Odbudowy i w programie FEnIKS (Fundusze Europejskie na Infrastrukturę, Klimat, Środowisko). Plus tzw. Fundusz Modernizacyjny. Do dyspozycji ciepłowni będą też środki z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Będą więc źródła finansowania dla ciepłowni na inwestycje obniżające emisję CO2, np. na kogenerację gazową. Chcemy, aby gaz w transformacji energetycznej był traktowany jako paliwo przejściowe w ramach odchodzenia od węgla. Będą też wspierane wszystkie odnawialne źródła energii, nie tylko te oparte na biomasie – energia słoneczna, wiatrowa, źródła geotermalne.

Dziś zdecydowana większość ciepłowni oparta jest na węglu.

W tzw. miksie energetycznym 71 proc. to węgiel, 9,5 proc. – gaz, kolejne 9,5 proc. – odnawialne źródła energii. W perspektywie 2030 r. możliwa jest redukcja udziału węgla do poziomu 40 proc., przy wzroście udziału gazu do ponad 20 proc., a OZE – 30-35 proc.

Ile będzie kosztować odchodzenie od węgla?

Inwestycje w źródła energii to nakłady rzędu 40-70 miliardów zł. Niezbędne inwestycje w sieci to koszt około 20-30 mld zł. Czyli w sumie nawet 100 miliardów zł do 2030 r.

Pora na pytanie najistotniejsze z perspektywy Kowalskiego – jak w najbliższych miesiącach będą się kształtować ceny ciepła?

Nawet jeśli wsparcie nadejdzie szybko, to się nie przełoży od razu na obniżkę cen. Ciepłownie muszą poprawić kondycję finansową, aby móc inwestować w modernizację. Najkrótszy proces inwestycyjny to 4 lata. Sytuacja ma szanse poprawić się w takiej perspektywie. To nie tak, że przepisy, które wprowadzi rząd czy parlament, przełożą się na obniżenie cen ciepła tu i teraz. To nie będzie dopłata do cen ciepła. Nie można też zamrozić cen ciepła – zrobiono tak kilka lat temu w elektroenergetyce i teraz mamy najdroższy prąd w Europie. Ale jeśli ciepłownie będą mogły inwestować, cena ciepła w perspektywie kilku lat ustabilizuje się. Skoki cen nie muszą też być gwałtowne – dzisiaj mogą rosnąć nawet do 20 proc. za jednostkę ciepła.

To niemało.

Chciałbym obalić mit: funkcjonuje fałszywe przeświadczenie, że ciepło jest najdroższym składnikiem, który wpływa na utrzymanie gospodarstwa domowego. Ale z ogólnokrajowych badań wynika, że udział kosztów ciepła w dochodzie statystycznego gospodarstwa domowego to 2-4 proc. W budynkach wielorodzinnych ogrzewanie rozlicza się w formie zaliczek, które w skali kraju wahają się od 2 do 3,5 zł za metr kwadratowy. Weźmy czteroosobowe gospodarstwo domowe – dwoje rodziców i nastoletnie dzieci w 50-metrowym mieszkaniu. Oni miesięcznie zapłacą 150 zł za ogrzewanie. A jeśli każdy z członków rodziny ma telefon komórkowy, to przy niewygórowanym koszcie abonamentu rzędu 40 zł zapłacą wyższe rachunki za telefon niż za ogrzewanie. Podaję to dla równowagi.

Wysokie wzrosty jednostkowe cen ciepła nie przekładają się proporcjonalnie na koszty obciążeń gospodarstwa. System zaliczkowy tak skonstruowano, że często są jeszcze zwroty, a nie dopłaty. Oderwijmy się od tego, ile wzrośnie jednostkowo cena ciepła. Patrzmy na realne obciążenie gospodarstwa domowego.

Czyli ceny ciepła będą rosły, ale nie musi to być bardzo dolegliwe dla gospodarstw domowych?

Tak. Tym bardziej, że wchodzą w życie przepisy unijne, które zobowiążą państwa członkowskie w perspektywie 10 lat do modernizacji budynków. Na to będą konkretne pieniądze. A wraz z termomodernizacją, zużycie ciepła będzie spadało.